2011-12-30 02:49:06 >> Prezent :*Dla mojej dobrej koleżanki. Z okazji urodzin i jednocześnie w podziękowaniu za to, jak podchodzisz do mojego pisnia. Za każde autentyczne bycie pod wrażeniem, za każde słowa pochwały i próby pomocy. A także za to, że rozumiesz, że to, co kocham, jest wielk częścią mnie.
Nie dostałaś ode mnie życzeń, dlatego, że wszystko, czego chcę Ci życzyć, jest poniżej.
Garderoba nie należała do dużych pomieszczeń. Znajdowało się tu duże lustro, połączone z szerokim blatem, na którym ustawione zostały niezbędne kosmetyki. Nieco dalej znajdowały się metalowe wieszaki, na których w odpowiednich foliowych opakowaniach wisiały stroje. Wszzystko było gotowe... Lubiła przechadzać się po tym pokoju. Dodawało jej to w pewien sposób otuchy, napawało spokojem, którego nie mogło zastąpić żadne inne uczucie. To była poniekąd cisza przed burzą. Spokój, który był tak cudownie nietrwały, który zniknie, kiedy tylko pojawi się odpowiednia szansa. I właśnie to było w nim takie cudowne – sam spokój nie był cudownym uczuciem, piękne było to, co zapowiadał. Usiadła przed lustrem. Była już w stroju, umalowana, uczesana. Wszystko było gotowe. Przechyliła odrobinę głowę, spoglądając w oczy swojemu odbiciu i uśmiechnęła się do siebie. Kto by pomyślał, że znajdzie się właśnie tu? Kiedy zaczynała, wszystko wydawało się być takie nierealne... Patrzyła wstecz i nie mogła uwierzyć, że kilkanaście lat temu nie podejrzewała w ogóle, że tak właśnie będzie wyglądało jej życie. Ostatnio coraz chętniej spoglądała w lustro. Nie miało znaczenia, czy z odbicia przyglądała się jej odgrywana przez nią postać, czy ona sama. Jej życie ułożyło się w taki sposób, że nie potrafiła znaleźć ani jednego powodu, dla którego miałaby czuć się źle, patrząc na swoją twarz. Widywała ją w gazetach, na różnych portalach internetowych i nadal potrafiła być z siebie dumna. Mogli plotkować, mogli pisać niestworzone historie. Ona znała prawdę i właściwie tylko tyle się dla niej liczyło. Powoli wstała z miejsca, chwytając za klamkę i wychodząc na korytarz. Już za chwilę, za moment będzie mogła wyjść na scenę i znowu poczuć... to wszystko, co tak uwielbiała. To było poniekąd jak taniec. Stawiała nogi dokładnie tam, gdzie powinny się znaleźć, jej oczy błądziły w sposób, który miał oddawać jednocześnie charakter postaci. Była nią, przez ten krótki okres od odsłonięcia do opadnięcia kurtyny. Deski teatru miały w sobie pewną magię. Pokochała je, od kiedy po raz pierwszy miała szansę poczuć to niesamowite uczucie, od kiedy po raz pierwszy udało jej się wziąć udział w prawdziwym przedstawieniu. Wzięła głęboki oddech i po raz pierwszy tego wieczoru wyszła na scenę, zapominając całkowicie o całym świecie. Teraz liczyły się słowa płynące w powietrzu, wbite w nią uważne spojrzenia z widowni, jej taniec z innymi aktorami na scenie. Nie było niczego, co mogłoby zastąpić to niesamowite uczucie. Ten przyspieszony rytm serca, kiedy stawała się kimś innym, kiedy stawała się częścią przedstawienia. Że też kiedyś mogła nie być pewna. Pamiętała jeszcze czasy, kiedy do jej serca wdawały się wątpliwości, kiedy nie była pewna, czy faktycznie tego właśnie chce od życia. Teraz mogła z uśmiechem na twarzy żartować, że miała niesamowite szczęście, że nic innego nie przyszło jej wtedy do głowy. Była szczęśliwa, że znalazła w sobie tyle samozaparcia, by pomimo trudności jednak nie zrezygnować ze swoich marzeń, z tego, czego pragnęła. Teraz decyzje zatopione w przeszłości zdawały się snem. Teraz wydawało się, jakby były tylko jedynymi możliwymi decyzjami, jakie mogła podjąć, jakby nie było nigdy innych. Ale były. Wiedziała, pamiętała, jak trudne były niektóre decyzje w jej życiu. Niczego nie żałowała. To właśnie było w jej życiu tak piękne. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że zwyczajnie nie warto... I od tamtego momentu żyła zgodnie z tym przekonaniem. Kto by pomyślał, że tak niewiele potrzeba do szczęścia? Jedynie nieco samozaparcia i przeświadczenie, że wszystko w końcu osiągnie dobre zakończenie. Wiara, że wszystko się ułoży, o ile tylko odrobinę pomóc swojemu własnemu szczęściu. Wirowała od słowa do słowa, zapominając o problemach, które czekały za drzwiami, poza deskami teatru. Zawsze były jakieś problemy. Przeciekający zlew, choroba w rodzinie. Nieco zbyt duże rachunki, nieco za mało angażów. Kłótnia z mężem, nieudana wycieczka na weekend. C’est la vie. Nie można było się od tego odciąć całkowicie, nie można było sprawić, by takie problemiki nie pojawiały się w życiu codziennym. Ale wystarczył uśmiech mężczyzny, którego kochała, ten specyficzny wyraz jego oczu. Wystarczyła rola, która była w stanie porwać jej serce. Wystarczyło spotknie z przyjaciółmi, muzyka, w której potrafiła się odnaleźć, zupełnie spontaniczny wypad za miasto, spacer po lesie. Wystarczyło tak niewiele, by czuć się szczęśliwą i spełnioną. Kiedy kurtyna opadała powoli, a wśród widowni rozległy się oklaski, znowu poczuła to niesamowite uczucie, napełniające oczy łzami szczęścia. Obezwładniające, przychodzące zupełnie z nikąd, zupełnie bez powodu. Uczucie, które zwalało z nóg i sprawiało, że miała ochotę tańczyć, śpiewać, krzyczeć i płakać jednocześnie, cieszyć się życiem i zachować tę krótką chwilę na zawsze w sercu. Po kolejnym ukłonie zbiegła ze sceny, nadal czując, że jej serce bije jak oszalałe gdzieś w okolicach gardła. Kiedy poczuła, jak silne ramiona ukochanego obejmują ją mocno, nie udało jej się powstrzymać łez szczęścia. To już od dawna nie była szaleńcza miłość, jak na początku ich związku. Już nie traciła zupełnie głowy za każdym razem, kiedy go widziała. Już nie umierała za każdym razem, kiedy miała go spotkać. Teraz było lepiej. Każdy jego uśmiech przypominał jej, jak bardzo go kocha. I pomimo tego, że nie byli już szaleńczymi, młodymi duszami, w takich chwilach jak ta, nadal potrafił sprawić, że trudno jej było utrzymać się na nogach, a jego pocałunki odbierały jej zupełnie dech w piersiach. Zadzierając wysoko głowę, by spojrzeć mu w oczy, wiedziała jedno... Ma wspaniałe, szczęśliwe życie. skomentuj (0) |
|
|||||||