2011-12-27 06:17:53 >>

Mój własny świat fantazji



Przez prawie cały drugi dzień świąt byłam nie do życia. Mimo godzinnej drzemki na kanapie w domu babci, nadal nie byłam do końca "ogarnięta". Mimo to, musiałam sobie jakoś poradzić w złośliwej krainie uginających się od jedzenia stołów, uśmiechów, kolejnych pretekstów, by wychylić z rodziną kieliszek wódki; krainie obficie przybranej kiczowatymi lampkami i fałszywie napuszonymi kolendami lecącymi z głośników. 
A jednak jakoś przetrwałam w tym okrutnym świecie, by o 22 zwalić się na łóżko z optymistyczną myślą, że oto, już zaraz, przyłożę głowę do poduszki i oddalę się radośnie w świat pełen snów i odpoczynku.
Tak, cóż. Tak się nie zdarzyło. Po raz kolejny pochłonął mnie świat, o którym wszyscy mówią, że nie jest rzczywisty. Świat fantazji, złudzeń, fikcyjnych postaci, związków międzyludzkich. Nie ma większego znaczenia, czy jest to świat, którego sekundowe zdarzenie uchwycimy na zdjęciu, w formie obrazu, czy rzeźby. Może to być historia opowiedziana za pośrednictwem słów i nut, odpowiednio ze sobą połączonych. Może być ciągiem liter zapisanych na stronach książki, którą dorwaliśmy, może być filmem, lub serialem. To wszystko tak naprawdę nie jest w zupełności istotne. W żaden sposób nie ma znaczenia, w którym konkretnie źródle toniesz, skoro tak czy siak opadasz na dno z tym cudownym, skrajnie szczęśliwym uśmiechem przylepionym do twarzy.
Bo jestem szczęśliwa, wiecie?
Ostatnio się bałam. 

Równo rok temu pisałam o niegasnącej potrzebie pisania. O nałogu, który zżerał mnie od wewnątrz i co do któego obawiałam się, że w końcu pożre mnie żywcem i nie zostawi nic, prócz pustej powłoki. Minął rok i musiałabym skłamać, gdybym odważyła się napisać, że już nie grozi mi taki los. Jest on nadal wielce prawdopodobny, o ile nie będę ostrożna, to prawda. Ale po wydarzeniach ostatnich kilku miesięcy już wiem, że wpadanie ze skrajności w skrajność nie jest dobrym pomysłem. 
W październiku prawie nie pisałam. Zdarzało mi się, okazjonalnie, ale nie miałam ciągłych pomysłów, nie czułam tej dzikiej potrzeby. Planowałam, snułam historię, którą miałam pisać w listopadzie i to mi wystarczało.
W listopadzi dalej knułam, myślałam, snułam opowieść w głowie... Ale nie potrafiłam przenieść jej na papier. Ba, nawet ekran monitora był za trudnym narzędziem. Poddałam się, tak jak zwykle się poddaję, bo to jest to, co umiem robić. Odpuszczać tak, by samej nie wiedzzieć kiedy przeciąganie zamienia się w praktycznie planowaną porażkę. Planowana jest lepsza. Można się oszukiwać, że tto przypadek, ale przynajmniej nie boli świadomość, że poległo się przez brak umiejętności. 
W grudniu nie napisałam nic, prócz tego, do czego byłam zmuszona na zajęcia. Oprócz tego nawet nie próbowałam. Snułam momentami opowieści, miałam genialny pomysł na książkę, kiedy szłam ulicą do domu, ale jak tylko do niego dotarłam, nie miałam ochoty nawet wystukać pierwszego zdania na klawiaturze.
Kończy się pewien etap mojego życia. Odchodzi powoli, w znoju, cierpieniu. 
Przez osiem lat moja pisanina przechodziła przez różne swoje etapy. Szczrze przyznam, że nawet wszystkich nie pamiętam. Zaczynałam jak wiele osób w moim wieku, blogiem opartym na historii, którą uwielbiałam. Potem blog przerodził się w kolejny typowy projekt kogoś, kto nie ma doświadczenia, ale ma zapał. Długa opowieść, niezbyt nowatorska, chociaż wtedy wydawało mi się inaczej, przewidziana na całą książkę. Oczywiście, poległam. Nie byłam w stanie napisać wtedy czegoś tak długiego. Chyba nadal nie potrafię.
Pamiętam swoje pierwsze opowiadanie, które udało mi się dokończyć.
Pamiętm dokładnie gdzie je pisałam. Jak siedziałam. W którym zeszycie je zapisałam, a także jakim długopisem pisałam. pamiętam uczucie, które skłoniło mnie do napisania go, ale nie pamiętam zdarzenia, które wywołało pojawienie się tego uczucia.
Pisanie jest czymś pięknym. Jest jak narkotyk, od którego nie sposób się uwolnić. Możesz w ten sposób przeżyć milion żyć, obserwować miliardy historii, być w każdym miejscu, w którym zapragniesz. Jesteś panem świata i nic prócz ciebie nie może cię powstrzymać. 
To zawsze pomagało. Było dla mnie, kiedy tego potrzebowałam. Sprawiało, że nie czułam się taka samotna, kiedy w istocie miałam wrażenie, że jestem zupełnie sama. Dawało mi kontrolę, radość, rzeczy, o które tak rozpaczliwie zabiegałam.
Czas, kiedy pisanie oznaczało dla mnie właśnie to, skończył się, a ja nie zauważyłam nawet, kiedy to się stało. Dlatego byłam ostatnio taka zagubiona, taka niepewna. Nie wiedziałam dlaczgo nie czuję już tego, co zwykłam czuć wcześniej. Przerażało mnie to. 
Teraz jednak otwieram nowy rozdział. Powoli. Słowo po słowie, zapełnię go tak samo, jak poprzednie. Możliwe, że nieco wolniej. Kto wie, może na początku będę popełniała błędy, ale... od tego jest korekta. Zawsze można wrócić i naprawić popełniony błąd, o ile się go zauważy. 
Mój nowy rozdział nie ma jeszcze gotowej fabuły. Kiedyś nie ustalałam jej w ogóle, pozwalając jej lecieć przed siebie, jak dzika dusza mojej rudej Weny zapragnie. Nadal pozwalam na to niekiedy, ponieważ jest w tym nadal ta radość, którą czułam kiedyś cały czas. Jednak mój nowy rozdział potrzebuje konspektu. Punktów, które sobie wyznacze. Będę mogła je zmienić, kiedy uznam to za stosowne, ale uświadomiłam sobie, że wytyczne są ważne. Planowanie, poprawianie, to właśnie początek konspektu dla mojego nowego rozdziału. Chcąc czy nie, uświadomiłam sobie bowiem, że pisanie, tak jak wszystko inne, jest pracą. Możliwe, że o tyle ciężką, że jednocześnie musi być też pasją, a trudno obie te rzeczy utrzymać przy życiu na raz.
Jednak cieszę się, że zdałam sobie sprawę z tego faktu. Gdybym nigdy sobie tego nie uświadomiła, pisanie na zawsze pozostałoby pasją. Jedynie pasją. Pisałabym do szuflady, będąc coraz bardziej zła i rozgoryczona. W ten sposób będę zła, rozgoryczona, przemęczona, czasem zdołowana, gdy nie uda mi się osiągnąć równowagi pomiędzy pracą a pasją... Ale jeśli myślę o pisaniu powaznie, jeśli nie chcę się poddać, to jest to jedyna droga, którą mogę obrać. 
Moja przyjaciółka napisała o mnie kiedyś, że gnam, niczym wystrzelona z procy, za ze smyczy spuszczonym wielkim snem. Kochałam w sobie ten brak rozsądku, to gnanie, niczym na oślep, byle tylko dogonić, byle złapać, byle się udało. A jednak uświadomiłam sobie, że ten opis nie zawierał gnania na ślepo i uderzania głową o mur. By gnać i dosięgnąć, potrzebuję przed sobą celu, z którego nie mogę spuścić oczu. Powoli zaczyna do mnie dochodzić, że wprowadzając nieco rozsądku do swoich działań, nieco planu i ładu, wcale nie zabiję całej magii, jaką budowałam przez lata wokół siebie i swojego kreatywnego świata. 

A teraz, moi drodzy przyjaciele, mam wielką prośbę do każdego, kto czyta te słowa. Sięgnijcie po cokolwiek, co macie pod ręką, albo co lubicie. Herbata, kawa, mleko, sok, woda, alkohol róznych rodzai i smaków. Nie jest ważne czym, ale chciałabym, by każdy z was wzniósl toast. Za osiem lat mojej wytrwałej praco-pasji związanej z tworzeniem świata wyłożonego słowami. Jeden toast, by oddać sprawiedliwość ośmiu cudownym latom i jednocześnie spojrzeć z nadzieją dziewiąty, który się właśnie rozpoczął. Oby niósł za sobą wielkie zmiany, z których będę dumna dokładnie za rok, w kolejną rocznicę rozpoczęcia mojej przygody ze światem fantazji.
Moim światem.



skomentuj (2)