2012-02-23 07:40:38 >>
W poszukiwaniu punktu zwrotnego
Od dwóch lat żyje w zgodzie z samą sobą. Nie wytykam sobie już wielkich błędów z przeszłości. Powoli przestałam w nocy przypominać sobie każdego potknięcia, jakie udało mi się zaliczyć danego dnia. Jest mi z tą zmianą bardzo, bardzo dobrze. Zaczęłam czuć się komfortowo z tym, jaką osobą jestem, a słowo
ja na dobre zagościło w moim słowniku, nie jako rzecz względna, a pewna. Wrażliwa na obróbki, ale pozostająca ciągle tą samą, jedną, żywą materią.
Jestem szczęśliwa z tą jedną, konkretną zmianą w swoim życiu. I to właśnie na niej chciałam budować każdą inną.
Jednak jak trudno jest budować swoje życie od podstaw, klocek po klocku, to zapewne wie każdy, który przeżył w swoim życiu niesamowitą zmianę, prawie o sto osiemdziesiąt stopni.
Zarzekałam się wiele razy, że wszystko będzie inaczej. Ale nie jest. Problem ze zmianami polega na tym, że niektóre z nich inicjują się same z siebie, zastają nas nagle, podejmowane przez drobne szczegóły. Takie, które dzieją się prawie poza nami, takie, które zauważamy, kiedy już są dokonane.
I kiedy uznajemy tę zmianę za dobrą, lub za nie do cofnięcia, pojawia się problem, jak dostosować wszystko inne do tej jednej zmiany. Bo wszystko inne tkwi w tym samym miejscu, niezmienne, oczekujace, aż sami coś zrobimy.
Bardzo nie chciałaby, żeby ta notka była jedną z licznych, na którą potem spojrzę z kwaśnym uśmiechem, mówiąc, że tak naprawdę nic się nie zmienilo, że był to kolejny zryw mojej świadomości, która została w ten sposób uśpiona, uspokojona.
Szukam punktu zwrotnego. I chociaż dochodzę do moich wniosków w bólach, co jakiś czas do tych samych, za świadomością nie idzie praktyka. Nic nie zrobi się samo, a ja jestem tak perfekcyjnie pozbawiona talentu do twórczego, a przede wszystkim efektywnego działania.
A tyle zmian czeka na zapoczątkowanie. Tyle okazji mija mnie każdego dnia, tyle potencjalnych błędów zagląda mi w oczy...
Boję się zmian. Ale nie ich efektów i swojego życia, kiedy już nadejdą. Zwyczajnie boję się tego, co będzie, jeśli nie uda mi się ich wcielić w życie. I jest to czysta abstrakcja, skoro przecież jeśli nie uda mi się ich wprowadzić w życia, to będzie... po prostu tak jak teraz.
Oczywiście, do czasu, kiedy zaprzepaszczę zbyt wiele okazji i złapię zbyt wiele błędów. Wtedy kolejna zmiana zainicjuje się sama z siebie. I tej mogę się już bać.
skomentuj (0)
2012-01-22 14:17:16 >>
Comfortably numb
Od jakiegoś czasu tracę ochotę do pisania na blogu. Możliwe, że to złudne wrażenie, ale nie da się ukryć, że wydaje mi się, jak gdybym pisała list do osoby, do której on nigdy nie dojdzie. Jakbym brała słowa i rzucała nimi o ścianę, patrząc, jak rozpryskują się, bez żadnego rozgłosu.
Nie mam ochoty pisać. Czuję się tak, jakbym już nie potrafiła pisać, co jest największą głupotą na świecie. Talent nie przechodzi z dnia na dzień. Coś się zmienia, po prostu, a człowiek, tak skrajnie przyzwyczajony do jednej wersjii świata, nie może się przyzwyczaić i odnaleźć w tej nowej sytuacji. Tak właśnie mam. Nie mogę się odnaleźć tutaj, pomiędzy kartonowymi pudłami mojego życia. Przeprowadziłam się do świata, w którym wydaje się być nieco mniej problemów.. I oto, co dostałam. Całą przestrzeń zawaloną kartonowymi pudłami z ułamkami mojego życia. Leżą tak, biedne, nieco zapomniane... Zerkam na nie, co jakiś czas, ale wypakowuje tylko te rzeczy, które potrzebuje już teraz.
Zwyczajnie nie mogę się zdecydować, czy rozpakowywać kartony, czy wymienić te rzeczy na lepsze.
Jestem odrętwiała. Przyjemnie, tak nieco narkotycznie odrętwiała, jakbym żyła przez pewien czas nie swoim życiem.
Złudne uczucie. Podchwytliwe. Tricky. Przejadę się na nim, zapewne.
skomentuj (2)
2011-12-30 02:49:06 >>
Prezent :*
Dla mojej dobrej koleżanki. Z okazji urodzin i jednocześnie w podziękowaniu za to, jak podchodzisz do mojego pisnia. Za każde autentyczne bycie pod wrażeniem, za każde słowa pochwały i próby pomocy. A także za to, że rozumiesz, że to, co kocham, jest wielk częścią mnie.
Nie dostałaś ode mnie życzeń, dlatego, że wszystko, czego chcę Ci życzyć, jest poniżej.
Garderoba nie należała do dużych pomieszczeń. Znajdowało się
tu duże lustro, połączone z szerokim blatem, na którym ustawione zostały
niezbędne kosmetyki. Nieco dalej znajdowały się metalowe wieszaki, na których w
odpowiednich foliowych opakowaniach wisiały stroje. Wszzystko było gotowe...
Lubiła przechadzać się po tym pokoju. Dodawało jej to w
pewien sposób otuchy, napawało spokojem, którego nie mogło zastąpić żadne inne
uczucie. To była poniekąd cisza przed burzą. Spokój, który był tak cudownie
nietrwały, który zniknie, kiedy tylko pojawi się odpowiednia szansa. I właśnie
to było w nim takie cudowne – sam spokój nie był cudownym uczuciem, piękne było
to, co zapowiadał.
Usiadła przed lustrem. Była już w stroju, umalowana,
uczesana. Wszystko było gotowe. Przechyliła odrobinę głowę, spoglądając w oczy
swojemu odbiciu i uśmiechnęła się do siebie. Kto by pomyślał, że znajdzie się
właśnie tu? Kiedy zaczynała, wszystko wydawało się być takie nierealne...
Patrzyła wstecz i nie mogła uwierzyć, że kilkanaście lat temu nie podejrzewała
w ogóle, że tak właśnie będzie wyglądało jej życie.
Ostatnio coraz chętniej spoglądała w lustro. Nie miało
znaczenia, czy z odbicia przyglądała się jej odgrywana przez nią postać, czy
ona sama. Jej życie ułożyło się w taki sposób, że nie potrafiła znaleźć ani
jednego powodu, dla którego miałaby czuć się źle, patrząc na swoją twarz.
Widywała ją w gazetach, na różnych portalach internetowych i nadal potrafiła
być z siebie dumna. Mogli plotkować, mogli pisać niestworzone historie. Ona
znała prawdę i właściwie tylko tyle się dla niej liczyło.
Powoli wstała z miejsca, chwytając za klamkę i wychodząc na
korytarz. Już za chwilę, za moment będzie mogła wyjść na scenę i znowu
poczuć... to wszystko, co tak uwielbiała.
To było poniekąd jak taniec. Stawiała nogi dokładnie tam,
gdzie powinny się znaleźć, jej oczy błądziły w sposób, który miał oddawać
jednocześnie charakter postaci. Była nią, przez ten krótki okres od odsłonięcia
do opadnięcia kurtyny. Deski teatru miały w sobie pewną magię. Pokochała je, od
kiedy po raz pierwszy miała szansę poczuć to niesamowite uczucie, od kiedy po
raz pierwszy udało jej się wziąć udział w prawdziwym przedstawieniu.
Wzięła głęboki oddech i po raz pierwszy tego wieczoru wyszła
na scenę, zapominając całkowicie o całym świecie. Teraz liczyły się słowa
płynące w powietrzu, wbite w nią uważne spojrzenia z widowni, jej taniec z
innymi aktorami na scenie. Nie było niczego, co mogłoby zastąpić to niesamowite
uczucie. Ten przyspieszony rytm serca, kiedy stawała się kimś innym, kiedy
stawała się częścią przedstawienia.
Że też kiedyś mogła nie być pewna. Pamiętała jeszcze czasy,
kiedy do jej serca wdawały się wątpliwości, kiedy nie była pewna, czy
faktycznie tego właśnie chce od życia. Teraz mogła z uśmiechem na twarzy
żartować, że miała niesamowite szczęście, że nic innego nie przyszło jej wtedy
do głowy. Była szczęśliwa, że znalazła w sobie tyle samozaparcia, by pomimo
trudności jednak nie zrezygnować ze swoich marzeń, z tego, czego pragnęła. Teraz
decyzje zatopione w przeszłości zdawały się snem. Teraz wydawało się, jakby
były tylko jedynymi możliwymi decyzjami, jakie mogła podjąć, jakby nie było
nigdy innych. Ale były. Wiedziała, pamiętała, jak trudne były niektóre decyzje
w jej życiu.
Niczego nie żałowała. To właśnie było w jej życiu tak
piękne. W pewnym momencie zdała sobie sprawę, że zwyczajnie nie warto... I od tamtego
momentu żyła zgodnie z tym przekonaniem. Kto by pomyślał, że tak niewiele
potrzeba do szczęścia? Jedynie nieco samozaparcia i przeświadczenie, że
wszystko w końcu osiągnie dobre zakończenie. Wiara, że wszystko się ułoży, o
ile tylko odrobinę pomóc swojemu własnemu szczęściu.
Wirowała od słowa do słowa, zapominając o problemach, które
czekały za drzwiami, poza deskami teatru. Zawsze były jakieś problemy.
Przeciekający zlew, choroba w rodzinie. Nieco zbyt duże rachunki, nieco za mało
angażów. Kłótnia z mężem, nieudana wycieczka na weekend. C’est la vie. Nie
można było się od tego odciąć całkowicie, nie można było sprawić, by takie
problemiki nie pojawiały się w życiu codziennym. Ale wystarczył uśmiech
mężczyzny, którego kochała, ten specyficzny wyraz jego oczu. Wystarczyła rola,
która była w stanie porwać jej serce. Wystarczyło spotknie z przyjaciółmi,
muzyka, w której potrafiła się odnaleźć, zupełnie spontaniczny wypad za miasto,
spacer po lesie.
Wystarczyło tak niewiele, by czuć się szczęśliwą i
spełnioną.
Kiedy kurtyna opadała powoli, a wśród widowni rozległy się
oklaski, znowu poczuła to niesamowite uczucie, napełniające oczy łzami
szczęścia. Obezwładniające, przychodzące zupełnie z nikąd, zupełnie bez powodu.
Uczucie, które zwalało z nóg i sprawiało, że miała ochotę tańczyć, śpiewać,
krzyczeć i płakać jednocześnie, cieszyć się życiem i zachować tę krótką chwilę
na zawsze w sercu.
Po kolejnym ukłonie zbiegła ze sceny, nadal czując, że jej
serce bije jak oszalałe gdzieś w okolicach gardła. Kiedy poczuła, jak silne
ramiona ukochanego obejmują ją mocno, nie udało jej się powstrzymać łez
szczęścia.
To już od dawna nie była szaleńcza miłość, jak na początku
ich związku. Już nie traciła zupełnie głowy za każdym razem, kiedy go widziała.
Już nie umierała za każdym razem, kiedy miała go spotkać. Teraz było lepiej.
Każdy jego uśmiech przypominał jej, jak bardzo go kocha. I pomimo tego, że nie
byli już szaleńczymi, młodymi duszami, w takich chwilach jak ta, nadal potrafił
sprawić, że trudno jej było utrzymać się na nogach, a jego pocałunki odbierały
jej zupełnie dech w piersiach.
Zadzierając wysoko głowę, by spojrzeć mu w oczy, wiedziała
jedno...
Ma wspaniałe, szczęśliwe życie.
skomentuj (0)
2011-12-27 06:17:53 >>
Mój własny świat fantazji
Przez prawie cały drugi dzień świąt byłam nie do życia. Mimo godzinnej drzemki na kanapie w domu babci, nadal nie byłam do końca "ogarnięta". Mimo to, musiałam sobie jakoś poradzić w złośliwej krainie uginających się od jedzenia stołów, uśmiechów, kolejnych pretekstów, by wychylić z rodziną kieliszek wódki; krainie obficie przybranej kiczowatymi lampkami i fałszywie napuszonymi kolendami lecącymi z głośników.
A jednak jakoś przetrwałam w tym okrutnym świecie, by o 22 zwalić się na łóżko z optymistyczną myślą, że oto, już zaraz, przyłożę głowę do poduszki i oddalę się radośnie w świat pełen snów i odpoczynku.
Tak, cóż. Tak się nie zdarzyło. Po raz kolejny pochłonął mnie świat, o którym wszyscy mówią, że nie jest rzczywisty. Świat fantazji, złudzeń, fikcyjnych postaci, związków międzyludzkich. Nie ma większego znaczenia, czy jest to świat, którego sekundowe zdarzenie uchwycimy na zdjęciu, w formie obrazu, czy rzeźby. Może to być historia opowiedziana za pośrednictwem słów i nut, odpowiednio ze sobą połączonych. Może być ciągiem liter zapisanych na stronach książki, którą dorwaliśmy, może być filmem, lub serialem. To wszystko tak naprawdę nie jest w zupełności istotne. W żaden sposób nie ma znaczenia, w którym konkretnie źródle toniesz, skoro tak czy siak opadasz na dno z tym cudownym, skrajnie szczęśliwym uśmiechem przylepionym do twarzy.
Bo jestem szczęśliwa, wiecie?
Ostatnio się bałam.
Równo rok temu pisałam o niegasnącej potrzebie pisania. O nałogu, który zżerał mnie od wewnątrz i co do któego obawiałam się, że w końcu pożre mnie żywcem i nie zostawi nic, prócz pustej powłoki. Minął rok i musiałabym skłamać, gdybym odważyła się napisać, że już nie grozi mi taki los. Jest on nadal wielce prawdopodobny, o ile nie będę ostrożna, to prawda. Ale po wydarzeniach ostatnich kilku miesięcy już wiem, że wpadanie ze skrajności w skrajność nie jest dobrym pomysłem.
W październiku prawie nie pisałam. Zdarzało mi się, okazjonalnie, ale nie miałam ciągłych pomysłów, nie czułam tej dzikiej potrzeby. Planowałam, snułam historię, którą miałam pisać w listopadzie i to mi wystarczało.
W listopadzi dalej knułam, myślałam, snułam opowieść w głowie... Ale nie potrafiłam przenieść jej na papier. Ba, nawet ekran monitora był za trudnym narzędziem. Poddałam się, tak jak zwykle się poddaję, bo to jest to, co umiem robić. Odpuszczać tak, by samej nie wiedzzieć kiedy przeciąganie zamienia się w praktycznie planowaną porażkę. Planowana jest lepsza. Można się oszukiwać, że tto przypadek, ale przynajmniej nie boli świadomość, że poległo się przez brak umiejętności.
W grudniu nie napisałam nic, prócz tego, do czego byłam zmuszona na zajęcia. Oprócz tego nawet nie próbowałam. Snułam momentami opowieści, miałam genialny pomysł na książkę, kiedy szłam ulicą do domu, ale jak tylko do niego dotarłam, nie miałam ochoty nawet wystukać pierwszego zdania na klawiaturze.
Kończy się pewien etap mojego życia. Odchodzi powoli, w znoju, cierpieniu.
Przez osiem lat moja pisanina przechodziła przez różne swoje etapy. Szczrze przyznam, że nawet wszystkich nie pamiętam. Zaczynałam jak wiele osób w moim wieku, blogiem opartym na historii, którą uwielbiałam. Potem blog przerodził się w kolejny typowy projekt kogoś, kto nie ma doświadczenia, ale ma zapał. Długa opowieść, niezbyt nowatorska, chociaż wtedy wydawało mi się inaczej, przewidziana na całą książkę. Oczywiście, poległam. Nie byłam w stanie napisać wtedy czegoś tak długiego. Chyba nadal nie potrafię.
Pamiętam swoje pierwsze opowiadanie, które udało mi się dokończyć.
Pamiętm dokładnie gdzie je pisałam. Jak siedziałam. W którym zeszycie je zapisałam, a także jakim długopisem pisałam. pamiętam uczucie, które skłoniło mnie do napisania go, ale nie pamiętam zdarzenia, które wywołało pojawienie się tego uczucia.
Pisanie jest czymś pięknym. Jest jak narkotyk, od którego nie sposób się uwolnić. Możesz w ten sposób przeżyć milion żyć, obserwować miliardy historii, być w każdym miejscu, w którym zapragniesz. Jesteś panem świata i nic prócz ciebie nie może cię powstrzymać.
To zawsze pomagało. Było dla mnie, kiedy tego potrzebowałam. Sprawiało, że nie czułam się taka samotna, kiedy w istocie miałam wrażenie, że jestem zupełnie sama. Dawało mi kontrolę, radość, rzeczy, o które tak rozpaczliwie zabiegałam.
Czas, kiedy pisanie oznaczało dla mnie właśnie to, skończył się, a ja nie zauważyłam nawet, kiedy to się stało. Dlatego byłam ostatnio taka zagubiona, taka niepewna. Nie wiedziałam dlaczgo nie czuję już tego, co zwykłam czuć wcześniej. Przerażało mnie to.
Teraz jednak otwieram nowy rozdział. Powoli. Słowo po słowie, zapełnię go tak samo, jak poprzednie. Możliwe, że nieco wolniej. Kto wie, może na początku będę popełniała błędy, ale... od tego jest korekta. Zawsze można wrócić i naprawić popełniony błąd, o ile się go zauważy.
Mój nowy rozdział nie ma jeszcze gotowej fabuły. Kiedyś nie ustalałam jej w ogóle, pozwalając jej lecieć przed siebie, jak dzika dusza mojej rudej Weny zapragnie. Nadal pozwalam na to niekiedy, ponieważ jest w tym nadal ta radość, którą czułam kiedyś cały czas. Jednak mój nowy rozdział potrzebuje konspektu. Punktów, które sobie wyznacze. Będę mogła je zmienić, kiedy uznam to za stosowne, ale uświadomiłam sobie, że wytyczne są ważne. Planowanie, poprawianie, to właśnie początek konspektu dla mojego nowego rozdziału. Chcąc czy nie, uświadomiłam sobie bowiem, że pisanie, tak jak wszystko inne, jest pracą. Możliwe, że o tyle ciężką, że jednocześnie musi być też pasją, a trudno obie te rzeczy utrzymać przy życiu na raz.
Jednak cieszę się, że zdałam sobie sprawę z tego faktu. Gdybym nigdy sobie tego nie uświadomiła, pisanie na zawsze pozostałoby pasją. Jedynie pasją. Pisałabym do szuflady, będąc coraz bardziej zła i rozgoryczona. W ten sposób będę zła, rozgoryczona, przemęczona, czasem zdołowana, gdy nie uda mi się osiągnąć równowagi pomiędzy pracą a pasją... Ale jeśli myślę o pisaniu powaznie, jeśli nie chcę się poddać, to jest to jedyna droga, którą mogę obrać.
Moja przyjaciółka napisała o mnie kiedyś, że gnam, niczym wystrzelona z procy, za ze smyczy spuszczonym wielkim snem. Kochałam w sobie ten brak rozsądku, to gnanie, niczym na oślep, byle tylko dogonić, byle złapać, byle się udało. A jednak uświadomiłam sobie, że ten opis nie zawierał gnania na ślepo i uderzania głową o mur. By gnać i dosięgnąć, potrzebuję przed sobą celu, z którego nie mogę spuścić oczu. Powoli zaczyna do mnie dochodzić, że wprowadzając nieco rozsądku do swoich działań, nieco planu i ładu, wcale nie zabiję całej magii, jaką budowałam przez lata wokół siebie i swojego kreatywnego świata.
A teraz, moi drodzy przyjaciele, mam wielką prośbę do każdego, kto czyta te słowa. Sięgnijcie po cokolwiek, co macie pod ręką, albo co lubicie. Herbata, kawa, mleko, sok, woda, alkohol róznych rodzai i smaków. Nie jest ważne czym, ale chciałabym, by każdy z was wzniósl toast. Za osiem lat mojej wytrwałej praco-pasji związanej z tworzeniem świata wyłożonego słowami. Jeden toast, by oddać sprawiedliwość ośmiu cudownym latom i jednocześnie spojrzeć z nadzieją dziewiąty, który się właśnie rozpoczął. Oby niósł za sobą wielkie zmiany, z których będę dumna dokładnie za rok, w kolejną rocznicę rozpoczęcia mojej przygody ze światem fantazji.
Moim światem.
skomentuj (2)
2011-12-17 08:42:37 >>
A może jednak wrócić do mitów?
W jaki sposób powstaje tęcza? Jest to światło białe, rozszczepiające się w całą gamę kolorów. Teraz to wiemy, jednak przed wiekami, ludzie nie posiadali całej wiedzy, którą mają aktualnie naukowcy (żeby było sprawiedliwie, zapewne nasi naukowcy nie posiadają całej wiedzy, jaką mieli starożytni myśliciele ^^). Nauka nie była powszechnie dostępna, a to, co działo się dookoła, każdy człowiek musial tłumaczyć sobie w jakiś sposób, by zwyczajnie nie zwariować w świecie pełnym zagadek.
Właśnie po to powstawały mity. By objaśnić ludowi, dlaczego pewne rzeczy zwyczajnie się dzieją.
Gdybyśmy zastanowili się odpowiednio dobrze, niektóre naukowe wyjaśnienia nie są wcale dużo gorsze, czy mniej wspaniałe od tych mitycznych. Niby dlaczego bóg pędzący w swoim rydwanie po nieboskłonie, który personifikował słońce, miałby być bardziej ciekawy od niewyobrażalnie wielkiej, płonącej kuli gazów, unoszącej się w niebycie, wokół której krąży po orbicie - a do tego jeszcze szybciej, wokół własnej osi!, kolejna wielka kula, tym razem pełna niestrudzonych ludzików, małych, pięknych budowli, niewielkich żyć. Osobiście zdaje mi się, że wersja z kulami i niebytem jest dużo ciekawsza, niż ta z rydwanem. Na pewno jest na miarę XXI wieku - pełna efektów specjalnych.
A jednak, coraz częściej zastanawiam się, czy nie łatwiej byłoby wrócić do mitów. Wydaje mi się, że gdyby większość ludzi usłyszała, że to bogowie pchają codziennie słońce po nieboskłonie, deszcz jest łzami bogini, która ukochała sobie ludzi, a tęcza to jej śmiech, ludzie by to kupili. Mimo wszystko jest w nas zakorzenione, gdzieś głęboko, razem z instynktem, skojarzenie, że deszcz to łzy a błyskawice to gniew. Może ludziom dużo łatwiej byłoby zapamiętać wersję z bogami? W końcu, tak na dobrą sprawę, nawet teraz znajdziemy mnóstwo ludzi, którzy wiarę w Boga i Biblię traktują wręcz do przesady, wierząc, że cały Wszechświat powstał DOSŁOWNIE w siedem dni, a ludzie żyli w tym samym czasie co dinozaury. Nie ma znaczenia, że dowody mówią coś zupełnie innego. Dla niektórych słowo boskie jest świadectwem wystarczającym, nawet, jeśli przy okazji pomijają oni ten drobny fakt, że Biblia jest jak każda inna święta księga - próbuje objaśnić świat i zasady w nim panujące, próbuje wskazać człowiekowi dobrą drogę przez życie. Traktowanie jej dosłownie jest przynajmniej błędne.
Co jednak skłoniło mnie do myślenia, że może jednak mity nie były takim złym pomysłem? To, co zawsze - ludzka głupota.
Przyjmijmy, proszę, na potrzeby tej notki, że nie jestem alfą i omegą i mój umysł nie sparkli metaforycznie jak Edward w słońcu. Jestem zwykłą studentką, absolwentką liceum, która nie przykładała się do nauki, która nie wie dużo ani o świecie, ani o czymkolwiek. Zwyczajnie, po prostu. Podstawy podstaw zdaję się rozumieć i jest to mój punkt wyjścia do dalszego zdobywania wiedzy.
Jednak są takie rzeczy, które dla mnie są niczym abecadło. Nie tyle uważam, że ludzie powinni je umieć, bo nie ma tu nawet czego umieć. Pewne informacje powinniśmy zakodować w sobie, jako te, które właśnie tłumaczą nam świat i sprawiają, że nie potrzebujemy opowieści o rydwanie z bogiem-słońcem. Jak powstaje deszcz, śnieg, grad. Czym jest tęcza, czym grzmot, czym błyskawica. W jaki sposób powstają pory roku. Dlaczego liście są zielone, a niebo niebieskie. Dlaczego dzień trwa 24 godziny, dlaczego rok ma 365 dni. Odpowiedzi na te pytania były poszukiwane już u zarania dziejów. Były, przynajmniej w moim przekonaniu, jednym z tych impulsów, dla których powstali bogowie. Nadal są podstawą wiedzy o świecie, chociażby po to, by przestać bać się piorunów, kiedy nadchodzą z burzą. Po to, by normalnie funkcjonować, nie zadając sobie każdego dnia pytania: ale dlaczego tak się dzieje?
Niestety... Okazuje się, że jednak nie wszyscy znają odpowiedzi na te fundamentalne pytania. Gdzieś w natłoku spraw niektórzy zwyczajnie zapomnieli o tych sprawach. A to budzi mój niepokój. Nie tylko dlatego, że okazuje się, że po świecie chodzą ludzie, którzy, pomimo obranej edukacji, nie są w stanie zapamiętać tak prostych faktów, ale dlatego, że ci ludzie uznali, że ta wiedza wcale nie jest im potrzebna do życia.
Gdzieś na przestrzeni lat, razem z luksusami dnia codziennego, niektórzy z nas zaczęli gubić pęd do poznania. Przestało im zależeć na wiedzy jako takiej. Przestali zadawać pytania. A to właśnie pytania, ciągłe, niekiedy wręcz dziecięce pragnienie do pogłębiania wiedzy, ciekawość świata, to wszystko jest głównym motorem naszego rozwoju, tak intelektualnego, jak i psychicznego.
Od dzisiaj zacznę częściej rozmawiać ze sobą na głos. A zapytana, dlaczego tak czynię, odpowiem wzorem starożytnego filozofa: "ponieważ od czasu do czasu muszę porozmawiać z kimś inteligentnym".
skomentuj (2)
2011-12-12 02:21:15 >>
Zapach....
Można to porównać do dwóch różnych światów. W jednym z nich jesteś racjonalna, spokojna. Milczysz wtedy, kiedy trzeba, nawet zagryzasz wargi, by nie zmarnować szansy, by jednym słowem nie urazić kogoś bliskiego. Myślisz, reagujesz, zauważasz rzeczy, których inni nie dostrzegają. I jesteś z tego dumna, bo wiesz, że tylko na to właśnie, na twoje myślenie możesz liczyć.
I masz być z czego dumna. Taka właśnie powinnaś być. Odpowiedzialna i dumna, chodząca z podniesioną wysoko głową, zadowolona z siebie, mierząca wysoko. Kobieta nowoczesna, samodzielna, samowystarczalna, która doskonale wie, czego chce.
Ten pierwszy świat jest taki piękny w swojej szarości. Racjonalny i spokojny, analiza odegna wszystkie problemy, albo je zmniejszy. Rozsądek pomoże żyć z dnia na dzień....
A potem jest ten drugi świat. Ten nacechowany nieśmiałymi spojrzeniami i delikatnymi uśmiechami posyłanymi gdzieś w dal. Świat pełen gestów i myśli nie mających nic wspólnego z rozsądkiem.
To żałosne... myślisz sobie, wtulona w jego ciało. Przytulając policzek do jego koszuli, gdzieś na dnie twojej świadomości jakiś głosik gorąco buntuje się przeciwko temu, co robisz. Coś mówi ci, że to nie tak powinno być... A pomimo tego, ty nadal nie możesz się opanować. Jedyne, czego chcesz, to tkwić tam, w tym ciepłym miejscu, czuć tę gorącą dłoń oplatającą cię w pasie, tak niewinnie i niedorzecznie... I oddychać. Tak głęboko, jak nigdy wcześniej, spazmatycznie wdychać zapach jego wody kolońskiej i rozkoszować się tym kruchym uczuciem, póki jeszcze trwa.
Nie ma znaczenia, że go nie znasz. Nie ma znaczenia, że wzajemnie się nie kochacie, ba, że nawet nie wiesz, czy byś go polubiła. Liczy się tu i teraz. Ta magiczna chwila, kiedy nic nie jest ważne, bo jesteś otoczona jego perfumami i twój świat zdaje się wypełniać.
Widzisz wszystko. Jego zachowanie, jego reakcje, rozmowy na temat ulubionej muzyki, filmów, o książkach. Jest idealny. Lubi to, co ty, ale już teraz wiesz, że możecie sobie wiele pokazać. Że tak wiele horyzontów możecie razem poszerzyć, zdobyć wiedzę, uzupełnić się...
Wyobrażasz sobie wspólne rozmowy z kubkiem ulubionej herbaty. Wspólne wypady na koncerty i spotkania z przyjaciółmi, które kończyć się będą nad ranem, po całej nocy wspaniałej zabawy. Wiesz, że jego rodzina będzie wspaniała.
Macie wspólne życie. Trzymacie się za ręce, by potem pokłócić o najmniejszą drobnostkę. W każdym wykrzyczanym zdaniu, pomimo wściekłości, widzisz płomień w jego oczach i wiesz, że ta pasja jest dla ciebie. Że to wszystko, co ma w środku płonie z miłości, dokładnie tak, jak w twoim wnętrzu.
Czujesz jego pocałunki na swoich ustach. Gładką skórę pod swoimi palcami i jego gorący dotyk na swoim ciele. I uśmiechasz się, otoczona wodą kolońską i marzeniami, wtulona w coś, co nie istnieje.
I nigdy go nie pocałujesz. Powoli puścisz gorące ciało, odsuniesz głowę od pachnącej marzeniami koszuli i odejdziesz.
Nie mogłabyś spojrzeć w oczy ziejące pustką, pozbawione tego ognia. Nie zniosłabyś pocałunków, mokrych i zupełnie rzeczywistych, skrajnie niemagicznych.
Marzenia są lepsze. Pozwalają żyć jeszcze chwilę zapachem czegoś ulotnego. Pragnieniem i zupełnie niewinnym dotykiem.
Nie chodzi o niego. To nie on jest tu ważny. Jego jedyną zasługą jest delikatność dłoni i przyjemny zapach. To marzenie ścigasz. I wcale nie cieszy cię gonienie króliczka. To strach, że króliczek nie będzie tak puszysty i śliczny, zupełnie cię paraliżuje.
skomentuj (0)
2011-11-28 03:59:27 >>
Tajna misja "destrukcja", część pierwsza.
Szsz, grupa alfa, grupa alfa, tu grupa beta, słyszycie nas? Odbiór!
Szsz, tu grupa alfa, słyszymy cię, grupo beta. Jesteście na pozycjach? Odbiór!
Szsz, melduję zajęcie pozycji. Powtarzam: melduję zajęcie pozycji! Szsz, odbiór!
Szsz, dobrze! Rozpocząć pierwszą część operacji "destrukcja"! Powtarzam: rozpocząć operację "destrukcja"! Odbiór!
Szsz. Przyjąłem. Bez odbioru.
Tak! Oto rozpoczął się pierwszy etap operacji, którą powinnam była przeprowadzić już lata temu. Moimi tajnymi współpracownikami póki co są Paula i Justyna. Jeśli jednak po przeczytaniu tej notki będziesz miał dobry pomysł, Ty też możesz zostać tajnym agentem!
Na czym polega operacja "destrukcja"? Cóż, operacja nie jest teoretycznie skomplikowana. Za główny i jedyny cel operacji uważam osłabienie lub całkowite wyeliminowanie mojego głównego wroga, Doktora L. Doktor L. to szczwana bestia, moi drodzy. Atakuje z zaskoczenia, wszywa się pod skórę. Jego metoda jest powolna, zatruwa przez lata, by potem człowiek dowiedział się, że Doktor L. od dawna ma go w swoich łapach.
Doktor L. może Cię dopaść w różnych miejscach. Dzięki niemu możesz nie skończyć pracy, którą przecież trzeba było oddać wczoraj. Dzięki Doktorowi L. możesz nie mieć ochoty na spotkanie, które planowałeś od dawna, a już tym bardziej na spontaniczny wypad z przyjaciółmi. Doktor L. szepce Ci cicho do ucha, że nie musisz się wcale uczyć, skoro do egzaminu zostało więcej, niż dwa dni.
Ulubionymi brońmi Doktora L. jest kanapa lub łóżko. To właśnie on obleka Cię co ranek cudownie miękką i cieplutką kołdrą, to on przyciska Ci głowę do poduszki i sprawia, że uszy stają się głuche na budzik. To właśnie on mówi Ci tym słodkim głosem "juuuutrooo", kiedy przecież wiesz, że musisz coś zrobić już dzisiaj.
Nie! To koniec twej tyranii, Doktorze L.! Koniec twojego radosnego przywiązywania mnie do łóżka w moim pokoju. Koniec z lekceważącym stosunkiem do nieobowiązkowych wykładów! Koniec z tym niemiłym uczuciem, kiedy trzeba pomyśleć o tym, by doprowadzić nieco tlenu do płuc.
Zbyt długo pozwalałam, by twoje oślizgłe łapska wyciągały się po mnie! Zbyt długo pozwalałam ci na maniulowanie moim życiem! Zbyt wiele kłopotów miałam przez twoje okropne myśli.
Oto pierwszy etap operacji "Destrukcja". Dzięki tej operacji uwolnię się z kajdan, które założył na mnie Doktor L.!
Walka będzie krwawa. Będzie ostra. Pewnie niejeden z walczących niejednokrotnie złamie się podczas tego koszmaru, który nas czeka! Ale musimy być silni! Musimy trwać!
Szsz. Etap pierwszy operacji "Destrukcja" rozpoczęty. Powtarzam: etap pierwszy operacji "Destrukcja" rozpoczęty. Raport za tydzień. Bez odbioru! Szsz.
skomentuj (1)